Czy warto kupić Księgę dźwięków?

Żeby było bardziej po mojemu to tytuł tego powinien brzmieć: „Nie ważne co koń robi, ważne, że robi – czyli o Księdze dźwięków z nutą DIY”

Dziś kilka słów o popularnej Księdze dźwięków.
Czym jest, jakie ma minusy, czy mieć ją trzeba i jak osiągnąć w tej materii wyższy stopień wtajemniczenia?
Koncepcja książeczki jest bardzo prosta:
„Żaba robi kum kum” informuje nas czytelny napis po lewej stronie, a po prawej widnieje zgrabny rysunek żaby.
Czasami mam w sobie bunt na to, że mówimy dziecku co robi kura, żaba czy koń zanim sam konia usłyszy. Wiecie przecież, że według mieszkańców USA na przykład, koń robi „neigh neigh”, może więc dajmy dziecku najpierw tego zwierza spotkać i zadecydować samemu co słyszy (jakkolwiek podejrzanie to brzmi w dobie gender). Ale wiecie o co chodzi, co to właściwie za pomysł, żeby dziecku przekładać na ułomny świat głosek, bogactwo dźwięków otaczającej nas rzeczywistość. Z drugiej jednak strony jest w tych dźwiękonaśladowczych słowach jakaś moc, która dzieci niezwykle nęci. Może to dlatego, że to okres sensytywny ich zdolności muzycznych/słuchowych (czym jest okres sensytywny?), a może po prostu onomatopeje są ciekawsze niż zwykłe słowa? Tak czy inaczej takie zajęcie to fajne zajęcie! I dla dziecka i dla rodzica.
Księga dźwięków ma dwa minusy.
1. Nieprawdopodobnie się rozwala. No taka prawda. Nasz egzemplarz  „złamał” się w pół dosłownie przy pierwszym czytaniu, a potem było już tylko gorzej, bo jej klejenie to syzyfowa praca, tak więc czasów gdy Księga występowała w jednym kawałku już nawet nie pamiętamy. Problem jest na tyle powszechny, że w internecie znalazłam nawet porady jak sobie z nim radzić: porwać lub pociąć książkę na pojedyncze karty, przedziurkować i włożyć do segregatora (co ostatecznie takie zupełnie łatwe nie jest, bo karty są tekturowe).
Tutaj też ciekawostka – książka w wersji angielskiej jest wydana na znacznie cieńszych kartkach (także bardziej śliskich) i nie ma kłopotu z rozwalaniem się, więc może warto przemyśleć opcję zakupu w tej wersji. Chyba, że chcecie uniknąć tłumaczenia dziecku dlaczego kogut w Waszej książce mówi coś innego niż w książce kolegi (albo co gorsza w „rzeczywistości”).
2. Szpinak robi bleee.
Litości!
I tutaj kolejny „sposób na”: tę stronę należy od razu po zakupie zakleić. I po problemie.
(Sposób alternatywny, polega na wpieraniu dziecku, że szpinak robi „mniam mniam”, ale rzecz jasna działa tylko w przypadku nieczytających maluszków)
Czy polecałabym zakup Księgi dźwięków?
Jej cena to ok. 30 zł, a więc nie mało, ale też nie bardzo dużo, biorąc pod uwagę grubość książeczki i średnie ceny literatury dziecięcej. Jeśli więc chcecie mieć gotowe narzędzie do zabawy pod ręką to czemu nie?
Czy bez tej książki można się obyć?
Jak najbardziej! Istotą sprawy jest fakt, że coś ROBI jakiś odgłos, a choć tę zabawę w odkrywanie i naśladowanie dźwięków otaczającej nas rzeczywistości uznałabym za kanon zabaw niemowlęcych i dziecięcych to książeczkę tę można z łatwością zastąpić.
A nawet ulepszyć.
I tutaj kilka moich propozycji na rozwinięcie tej dźwiękonaśladowczej koncepcji.

Stwórz własne obrazki

jeśli talent plastyczny to Twoja domena, nie będzie Cię trzeba do tego pomysłu namawiać, a i koncepcji na technikę wykonania zapewne Ci nie brakuje, jeśli jednak jesteś z tych co do prac plastycznych podchodzą ostrożnie:
  • wytnij przedmioty z gazet (zegarek robi tik tak – z reklamy zegarków na końcu czasopisma, katar robi apsik – pudełko chusteczek z gazetki reklamującej ofertę pobliskiego sklepu, samochód robi brum brum – z czasopisma typu Auto Świat)
  • użyj kolorowanek które ściągnąć można za darmo z internetu – może to być przydatne szczególnie z przypadku zwierząt
  • narysuj lub wytnij najprostsze rzeczy (duch robi uuuuuu, usta robią cmok, kropla robi kap kap, ból robi ała — narysuj pinezkę)
  • stwórz karty – najlepiej na technicznym papierze – przedstawiające opisywany przedmiot ( na końcu dobrze będzie zabezpieczyć go przed rozmięknięciem pod wpływem brania do buzi lub podarciem, poprzez oklejenie go folią, taśmą klejącą lub włożenie do koszulki)

Możesz opisać obrazek ale nie pisz co robi

Zanim przypiszesz jakieś dźwiękonaśladowcze słowo do danego przedmiotu postaraj się usłyszeć je naprawdę. Może będzie to dobra okazja do wybrania się po raz pierwszy do zoo (jeśli Ci się to uda najlepiej nagraj zwierząta na dyktafon, tak by móc sobie z dzieckiem przypominać te odgłosy). Wybierz się do sąsiada, który ma kota, królika, może kury? A może po latach zdejmiesz ze ściany zakurzony zegar by posłuchać go z bliska, starszemu dziecku zaproponuj zamknięcie wtedy oczu by w pełni wytężyć słuch. Zaklaszcz rękami, zatup nogą, zadzwoń dzwonkiem w rowerze, daj dziecku głośnego buziaka, zwróć uwagę na przejeżdzający wóz straży pożarnej lub znajdź nagranie jadącego pojazdu w internecie. Właśnie! Internet! Jeśli naprawdę nie możesz na żywo usłyszeć danego przedmiotu poszukaj w internecie nagrania. Można znaleźć wiele próbek sklasyfikowanych nawet w kategorie: zwierzęta domowe, pojazdy, pogoda, odgłosy natury, przedmioty użytku codziennego.

Nie rób wszystkiego naraz

Wprowadzaj jedną, dwie karty dziennie. Może to okazać się projektem na wiele dni, ale to tym lepiej. Niech ta zabawa wejdzie Wam w krew, niech uważne słuchanie otaczającej Was rzeczywstości stanie się częścią życia. Kiedy wyrobi się w sobie taki nawyk łatwiej jest docenieć to co jest nam dane. A i słuch robi się wrażliwszy.

Nie ograniczaj się do dźwięków łatwych do opisania

Szczególnie jeśli masz już nieco starsze dziecko, włącz do zabawy dźwięki które trudno określić słowem: pęk kluczy, przesypywane produkty spożywcze (cukier, groch, płatki), brzdęk różnych kuchennych garnków, sztućców, przyrządów, narzędzia (młotek, piła), a może nawet tłukące się szkło czy zgniatane puszki?
Jeśli ktoś z Was podjął to wyzwanie bardzo chętnie o tym usłyszę!

Anna Weber – założycielka Pomelody. Jej pasją jest tworzenie wartościowych muzycznych narzędzi, które połączą rodzinę, pomogą dostrzec piękno tej pozawerbalnej muzycznej komunikacji i radość wspólnego, rodzinnego tworzenia. Jest żoną, mamą trójki synów: Antka, Stefcia i Józka, kompozytorką, licencjonowaną nauczycielką różnych programów muzycznych. Od prawie 10 lat prowadzi zajęcia z dziećmi i dorosłymi (szkolenia dla nauczycieli, warsztaty dla rodziców). Wraz z Olą Woźniak prowadzi na YouTube kanał Mama Lama.